Rekiny przemieszczające się przez północno-zachodni Atlantyk zaczęły dostarczać dane, które trafiają bezpośrednio do modeli prognozujących temperaturę oceanu. To pomiary zbierane przez zwierzęta w miejscach, gdzie klasyczne czujniki rzadko docierają. Różnica w wynikach okazała się najbardziej widoczna tam, gdzie ocean zmienia się najszybciej.
To już się działo, tylko inaczej
Te dane nie biorą się znikąd — pochodzą z czujników zakładanych na rekiny. Samo znakowanie nie jest niczym nowym. Od lat wykorzystuje się je w badaniach migracji, zachowań czy ekologii drapieżników morskich. Dane zbierano, analizowano, publikowano — głównie w kontekście biologii.
Nowość polega na tym, że ktoś spojrzał na te same dane z innej strony.
Zamiast pytać „gdzie płyną rekiny?”, zapytano: „co ich trasy mówią o oceanie?”. I właśnie te informacje wprowadzono do sezonowego modelu klimatycznego.
Projekt powstał na styku dziedzin: biologii, oceanografii i klimatologii. To przykład sytuacji, w której dane z jednego obszaru zaczynają pracować w zupełnie innym kontekście — bez potrzeby budowania wszystkiego od zera.

Dlaczego to ciekawostka, a nie rewolucja?
Badacze podkreślają jedną rzecz bardzo wyraźnie: rekiny nie zastąpią istniejących systemów obserwacyjnych. Nie o to chodzi.
To raczej dodatkowa warstwa danych — szczególnie tam, gdzie ich brakuje. Mobilna, elastyczna i w pewnym sensie „samosterująca”, bo oparta na naturalnym zachowaniu zwierząt.
Znaczenie takich danych może być praktyczne: od lepszego rozumienia zmian w oceanach, przez wsparcie dla rybołówstwa, aż po planowanie działań na morzu. Ale bez wielkich deklaracji — to element większej układanki.
Podobne podejścia pojawiały się już wcześniej, ale rzadko łączono je bezpośrednio z prognozami sezonowymi.
Na razie to kierunek, który pokazuje, że oceany można obserwować nie tylko z góry i z powierzchni, ale też „od środka” — dzięki temu, co już w nich pływa.
Rekiny źródłem danych z głębin
18 rekinów błękitnych (Prionace glauca) i jeden ostronos (Isurus oxyrinchus) wyposażono w czujniki rejestrujące temperaturę, głębokość i pozycję, które przez pół roku przesyłały dane niemal w czasie rzeczywistym. Zebrano ponad 8200 profili obejmujących różne warstwy oceanu — od powierzchni aż po głębokości sięgające około 2000 metrów.
To ważne, bo większość stałych systemów pomiarowych działa punktowo. Boje dryfują, satelity widzą głównie powierzchnię, a wiele obszarów pozostaje zwyczajnie „pomiędzy”. Rekiny wypełniły te luki, przemieszczając się tam, gdzie infrastruktura badawcza nie sięga albo pojawia się rzadko.
Trochę jakby ocean sam zaczął raportować, co się w nim dzieje — tylko za pośrednictwem swoich mieszkańców.

Gdzie modele mają największy problem
Największe różnice pojawiły się w tzw. dynamicznych regionach: przybrzeżnych, szelfowych, w pobliżu frontów i wirów oceanicznych. To właśnie tam warunki zmieniają się szybko i nieregularnie, a modele często mają najmniej danych wejściowych.
Rekiny naturalnie trafiają w te miejsca. Szukają pożywienia, podążają za zmianami temperatury i strukturą wody — dokładnie tym, co dla modeli jest najtrudniejsze do uchwycenia.
Po włączeniu danych z czujników błędy prognoz temperatury powierzchni oceanu spadły, a lokalnie poprawa sięgała nawet około 40%. To nie jest równomierny efekt dla całego oceanu, ale właśnie w tych „problematycznych” strefach różnica robi się widoczna.
To nie są przypadkowe trasy. Pokrywają się z miejscami, w których modele najczęściej się gubią.
Badania zostały sfinansowane przez Cisco Systems, University of Miami Abess Center, Program Różnorodności Biologicznej i Ochrony Ekologicznej NASA, NOAA, NSF oraz katedrę Roberta L. Jamesa dla młodych naukowców w Woods Hole Oceanographic Institution. źródło: WHOI
Magazyn BlueLife
Spodobał Ci się artykuł? Wesprzyj naszą dalszą pracę.
Inwestuj w wolne media, które szanują Twoją prywatność.



